kasuję licznik i uśmiecham się w ciemności. zaczynamy od zera. głowę mam rozjarzoną od snów, które tej nocy - wiem to - wypuszczę na wolność.
jeden kilometr na liczniku, twoja dłoń na moim kolanie, pierwszy raz w toalecie centrum handlowego. przebieram się w młode pończochy tak jakbym przebierała się w inną siebie (tą ze środka, tą z twojego życiorysu - nie z mojego). pończochy są takie szczeniackie, fioletowe irysy też są szczeniackie - cieszę się, że możemy tak po prostu wcisnąć rewind i już mamy eden z nienaruszonym jabłkiem i z bogiem odwróconym plecami, nagość sprzed grzechu pierworodnego, słońce sprzed świtu. gdybym mogła, pocałowałabym cię wtedy bezpośrednio w korę mózgową, bo to takie wzruszające, że te miliardy neuronów trzymają się za ręce i nie wypuszczają impulsów na zewnątrz, i dzięki temu możemy w sobie nosić pośmiertne obrazy zapachów i widoków, i czegoś pomiędzy.
dwanaście kilometrów na liczniku. pytasz, gdzie jedziemy, a ja mam cię w garści, w sercu, mam cię na całej skali licznika, od minus do plus nieskończoności. ja mam ciebie, ale ty masz mnie jeszcze bardziej, jeszcze więcej, chociaż chyba się tego nie domyślasz.
jedziemy. ja prosto, za drogą, ty prosto, za niewidzialnym drogowskazem na wewnętrznej stronie mojego uda. jest noc, jesteśmy na szosie sami i nikt nam nie zabroni się kochać choćby tutaj, ale jeszcze poczekajmy. przegapiłam trzydzieści kilometrów na liczniku (a chciałam cię wtedy pocałować, żebyś sobie przypomniał nasze trzydzieści sekund rozpisane na prędkość światła i odległość od wtorku wstecz). próbuję trafić celowo na niegdysiejsze przypadki, ale szosa płata figle i ucieka przez wisłę, trzydzieści dziewięć kilometrów na liczniku i ciągle te światła, te światła z księżycem na czele, miłościwie nam i niepodzielnie panującym nad zmysłami. wreszcie czyjaś prywatna droga i kawałek względnej ciemności, i mróz, którego nie czujemy, i twój zapach, od którego mi rozkoszniej tam, w środku.
czterdzieści sześć kilometrów na liczniku. świat robi się coraz bardziej prywatny, coraz bardziej nasz, pulsuje: rośnie i zmniejsza się zarazem. tylko wciąż jest zbyt jasny na nasze ciemne, potajemne sprawki. twoja cierpliwość się kurczy, widzę. zatrzymujesz mnie wreszcie w jasnym świetle latarni, w środku nocy, we mgle, w biżuterii pierwszych przymrozków. jest tak, jak ma być, czyli zupełnie na odwrót. wyjmujesz mnie na chwilę z łupiny czasu, patrzysz w oczy, delikatnym strumieniem oddechu napełniasz mi ciało nieskończonością.
osiemdziesiąt trzy kilometry na liczniku. twoja dłoń na moim kolanie.
- nie chcę cię nikomu oddawać.
nie musisz się bać. jeśli nie liczyć ciebie, mój świat jest bezludny.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz