14.05.2012

nieliczne przejaśnienia

deszcz, deszcz, deszcz i limboski. policzki trochę bardziej suche. metaforyczny grunt pod nogami z waty, ręce z waty, kiedy się usiłuje utrzymać odpowiednio: exactę w pionie, Largo na kontakcie i ciebie przy sobie, jak najbliżej, blisko.
podejrzliwie przyglądam się spokojowi, swojemu pokojowi, pokojom i rozejmom, i rezygnacjom, z rezygnacją wreszcie otwieram piwo. najpierw piję powoli, ale przepływa przeze mnie jak niezwiązany z żadną melodią dźwięk albo cudzy wyrzut sumienia. przechylam szklankę. szybko, tak jest lepiej. szybko, szybciej, najszybciej, jak najbardziej ekonomicznie. gdybym mogła, wstrzyknęłabym je sobie w żyłę, hamuje mnie jednak myśl, że taka musująca krew zatrzymana tylko dla siebie byłaby czymś w rodzaju zdrady. gorzko, słono na czubku języka. musi być gorzko i słono, tak jest prawdziwie. drugie piwo.
nie wiem, czy chcę nosić spódnicę, czy spodnie. czy będę palić, czy raczej uzależnię się od kolorowych lizaków - takich jak w dzieciństwie, patrzyło się na nie pod słońce, kolory były wtedy takie piękne. jedno imię, jedno nazwisko to za mało.
albo za dużo.
dużo za dużo.

szkoda mi każdej sekundy maja. każda sekunda maja niespędzona z Tobą, przy Tobie, w Tobie - tak, wiem: technicznie rzecz biorąc, to twój przywilej, a ja mogę się wypchać sianem, ale lepiej, żebym wypchała się tobą - mogłaby być sekundą wyjętą z czarnej przestrzeni między miesiącami. przechodziłam dziś zaraz obok sereno fenna, blisko - pamiętasz? te wszystkie ciche dni i te wszystkie głuche telefony? kompletnie niepoważne, nieprzemyślane łzy, łamane ograniczenia - te drogowe i te moralne, zasady, stereotypy...

tak, upiłam się. nie, nie piwem.

dobranoc.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz