powoli tracę punkty zaczepienia. zazębiam się z tym światem już tylko czasami: przeszłym i przyszłym. z teraźniejszością jakoś się mijamy; może to zmowa zegarów, z których każdy wskazuje inną godzinę, a ja widocznie istnieję w tym czasie nieoznaczonym przez żadną wskazówkę, w czasie bez rozwiązania i bez wyjścia awaryjnego.
w pokoju mam postępujący chaos, w głowie postępujący porządek - przerażającą systematykę pustki rosnącą nad ciemnym, pulsującym (jeszcze) sercem. w czerwcu dwa lata temu nie było we mnie nic prócz serca, cała reszta w strzępach, w rozedrganiach, we łzach, nieważna, niepotrzebna, wszystkie komórki ciała służyły tylko do odczuwania, odbiór, odbiór, hiperabsorbcja każdej sekundy podnoszonej do najwyższej możliwej potęgi. do tej pory mam blizny na receptorach, wiem to na nowo za każdym razem, kiedy przechodzę obok sereno fenna, kiedy zamawiasz taksówkę, kiedy rozłączasz się w nocnych rozmowach, kiedy leżysz obok mnie nagi, kiedy zamiast po imieniu mówisz do mnie "mała".
jest taki moment, kiedy chce się czegoś rozpaczliwie, kiedy wyje bezgłośnie każdy nerw, wątroba, płuca, tętnice, kiedy w aorcie krew wali w ściany jak w werbel, kiedy można naprawdę uwierzyć w piekło. i nie ma znaczenia, kto stoi obok, na wyciągnięcie ręki. na każdy narkotyk z czasem się obojętnieje. i tylko, kiedy to się pojawia bez ostrzeżenia, ręce same znajdują na klawiaturze telefonu te tak bardzo wstydliwe ciągi liter, a później wymierzają kary na oślep.
na to wszystko pomaga fenobarbital, uczy tej cholernej miłości między rosołem a kanapą, wysłuchuje chybionych modlitw o spokój
trzeba wyrzucić tabletki wyrzucić siebie wyrzucić to z siebie
i tak właśnie traci się punkty zaczepienia i wbrew oczekiwaniom zamiast do góry spada się bardzo bardzo długo chyba w dół.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz