są spotkania, na które nigdy nie trzeba było się umawiać. i takie właśnie jest moje spotkanie z k. niepotrzebne, tylko niepotrzebne – wmawiam sobie, chociaż rzeczy niepotrzebne nie bolą aż tak. wracam tramwajem i opieram gorącą głowę o zimną szybę, tak jak wtedy, kilka lat temu, tylko sama. rozsypałam się zupełnie, mówiłam za szybko, gestykulowałam zbyt nerwowo. szkło stolika potłuczone na tysięczne, milionowe okruszki – ze względów czysto estetycznych. przecież nawet nie krzyknęłam, na pewno nie krzyknęłam, wiem to, choć z tych kilkudziesięciu minut dokładnie pamiętam może trzy, cztery. spojrzenia wysyłane do kąta. niteczka od herbaty zawijana dookoła uszka filiżanki, i ta konsternacja, kiedy się skończyła (niteczka i herbata). szybkie uderzenie krwi w policzki na jego widok. irracjonalna złość i irracjonalne słowa. nagle jesteś kimś innym, myślę sobie, przez te półtora roku twój organizm przyspieszył wymianę komórek do prędkości światła, i teraz nie ma ani kawałka skory, której bym dotykała, wmawiam to siebie do utraty tchu, ani kawałka tamtej skóry, ani fotonu tamtego światła, każdy włos na twojej głowie jest już inny – akurat włosy zawsze rosły ci szybko i tak często musiałeś chodzić do fryzjera, to jeszcze pamiętam – więc trzymam się tej wiedzy jak brzytwy, aż zaczynają mi krwawić palce.
k. odchodzi i prawie zapomina podać mi rękę. nie wie, jak się zachować, ja też nie wiem. przypomina terakotowego wojownika z grobowca chińskiego cesarza, takie ma puste oczy, wzrok wbija punkt gdzieś nad moja głową, chociaż założyłam buty na obcasach. każdy centymetr dodaje mi lat: każdy centymetr wzwyż i każdy centymetr w poprzek, na linii, którą tylko niewidomy architekt mógłby wykreślić między punktem pośrodku mojego kręgosłupa i jego kręgosłupa, między moim sercem i jego sercem.
w którym, przypominam sobie usilnie, nie ma już ani jednej tamtej komórki. nawet krew, którą przepompowuje, nie ma z tamtą nic wspólnego. nic a nic.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz