styczeń tamtego roku zaczął się w grudniu. złe remanenty, tabletek uspokajających kawą popijanie, oczu zaciskanie, serca zaciskanie, luty. luty? pamiętam czekanie na dworcu, "tell the world i'm coming home" i nowe znaczenie słowa "dom". marzec gdzieś się zgubił w labiryntach światłowodów. kwiecień był tylko uwerturą do maja: przekonywania się, że rzeczywistość składa się ze spełnionych marzeń (and my skin is so drunk with yours). czerwiec, lipiec, sierpień: więcej grzechów nie pamiętam.obcesowy wrzesień na obcasach, wrzesień miesiącem niezgody, wrzesień miesiącem odchodzenia. w październiku: cierpkie winogrona, boczne drogi i utrata dawno straconych pozorów. listopad na wyścigi z grudniem przybiegający do rąk. ostatnie dni grudnia z helem w środku.
cały rok napompowany helem, ulotny, odroczony na świętego nigdy.
rok, którego chyba nie było.
p.s. a między kartkami z kalendarza ciągle znajdowałam ciebie.
cały rok napompowany helem, ulotny, odroczony na świętego nigdy.
rok, którego chyba nie było.
p.s. a między kartkami z kalendarza ciągle znajdowałam ciebie.
podoba mi się Twój blog, będę tu częściej zaglądać :)
OdpowiedzUsuńteż jestem z Krakowa
pozdrawiam