tulipany, obcasy, letnia sukienka w środku zimy, pierwszy śnieg w środku zimy, pierwszy śnieg w środku. w środku naraz cicho i biało, nie wiedzieć skąd. jest takie uczucie, kiedy ktoś, na kogo się czeka, przychodzi i zamyka za sobą drzwi. tylko ciche stuknięcie jako epitafium dla wszystkich dźwięków, a później już wata gęsta jak chmury w dzieciństwie, wszystkie zmysły naostrzone, całe ciało przezroczyste, wszystkie przedmioty dokładnie na swoich miejscach. tak właśnie brzmi koniec świata. stuknięcie i cisza, przy czym stuknięcie jest wartością progową, od której przestaje się liczyć, za to zaczyna się widzieć.
a jednak ciągle się nie ufa, w próżnej nadziei, że wciąż i dla wszystkich najpiękniejsza jest nike która się waha, i naiwnie się próbuje zatrzymać ten moment potencjalności, moment, w którym można się rozsmakować aż do odurzenia, moment wyłączony ze zjadającego własny ogon łańcucha przyczyn i skutków. taki moment chciałoby się rozciągnąć, rozsmarować na życiu cienką warstewką, jak impregnat chroniący od czasu, albo nagrać i odtwarzać ciągle od początku, od początku, od początku, i jeszcze raz.
nie pamiętam godziny ani minuty, w której usłyszałam to stuknięcie; mogłam go wcale nie usłyszeć, mogło go wcale nie być. tylko jeśli go nie było, to dlaczego chmury znowu stały się kłębami watoliny?
pamiętam jeszcze huśtawkę na baterie cztery razy lepsze niż zwykłe baterie. teraz, skoro nie mam już do czego dostroić tętna, powinnam chyba wstrzymać oddech i przygotować się na nieśmiertelność. już nie będę bardziej przezroczysta.
pamiętam k., kiedy pytał: czy naprawdę sądzisz, że nasze bycie razem w żaden sposób nas nie określa? wtedy odpowiedź mieściła się w jednym słowie. teraz, gdyby nie bezzasadność reanimowania dźwięku w watolinowym środowisku, mogłabym wyjaśnić to wszystko dużo dokładniej. że jest ja i ty, i nic poza tym. żadnej metafizycznej racji. i że ja zawsze w pół drogi do ja, ale za rękę z ty (nieważne, kto pół kroku do przodu, a kto wstecz). że ty, ja. a to i pomiędzy musi wyniknąć, nie wyciągniemy go ani za kropkę, ani za wykrzyknik. że to jest bardzo kruche i bardzo mocne zarazem. i że czasem wygląda właśnie jak huśtawka, jak karuzela, żeby zaraz potem utknąć w watolinie chmur.
PS. a huśtawka, to było tak:
z tobą jest trochę jak w wierszach macierzyńskiego:
huśtawka na baterie cztery razy lepsze niż zwykłe baterie
od słowa do słowa
od kocham cię do wypierdalaj i znów z powrotem
może to jest powód dla którego nie mogę się zdecydować na odwyk
gdyby nie ten rytm to do czego dostroiłabym swoje tętno
ile można żyć na wdechu albo w fazie ciągłego skurczu no ile
powiedz mi
tobie się to udaje
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz