początek astronomicznej jesieni. początek astronomicznej samotności. powietrze pachnie w bardzo jednoznaczny i pojedynczy sposób, to jesienne powietrze, którego wszędzie jest pełno i które objęłabym ramionami i przycisnęła do siebie mocno, gdybym miała trochę mniej lat, trochę mniej jesieni pod sercem. od metafor mam bałagan w pokoju, każdego ranka w labiryncie szafy coraz mniej wejść i nadal żadnego wyjścia, nawet awaryjnego, odwieczny problem: nie mam miejsca w szafie i nie mam co na siebie włożyć. kiedy nie trzeba, jestem tak cholernie kobieca. kiedy trzeba, mnie nie ma.
jestem bardzo mało kobieca, kiedy leżysz obok mnie w łóżku i jesteś tak dotkliwie obok. dzielą nas astronomiczne sumy milimetrów. wówczas kobiecość ze mnie paruje wszystkimi porami i zapewne wtedy resublimuje w bałagan. jestem bardzo mało kobieca, kiedy przeklinam, kiedy się gubię w mieście, które znam od urodzenia, kiedy płaczę, bo w sobie też się gubię, choć staż mamy ten sam, co z miastem, a nawet trochę dłuższy. i jestem szalenie mało kobieca, kiedy nie mam odwagi na to, co ważne, potrzebne, niezbędne.
wczesną jesienią najlepiej widać gwiazdy. gwiazdy są nam także niezbędne, wiesz?
jestem bardzo mało kobieca, kiedy leżysz obok mnie w łóżku i jesteś tak dotkliwie obok. dzielą nas astronomiczne sumy milimetrów. wówczas kobiecość ze mnie paruje wszystkimi porami i zapewne wtedy resublimuje w bałagan. jestem bardzo mało kobieca, kiedy przeklinam, kiedy się gubię w mieście, które znam od urodzenia, kiedy płaczę, bo w sobie też się gubię, choć staż mamy ten sam, co z miastem, a nawet trochę dłuższy. i jestem szalenie mało kobieca, kiedy nie mam odwagi na to, co ważne, potrzebne, niezbędne.
wczesną jesienią najlepiej widać gwiazdy. gwiazdy są nam także niezbędne, wiesz?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz