8.02.2012

wyprowadzki

całe to wyprowadzanie skończyło się fiaskiem, piaskiem, wrzaskiem w poduszkę i w samotność ściśle wyczekaną, po raz kolejny ściśle kontrolowany wybuch emocji zamiast oczyszczającej eksplozji sklęsł w nieprzekonującą nikogo (bo też nikt nie był jego świadkiem) implozję. nie jestem dobra w zmianach miejsca, fryzury, charakteru oraz zainteresowań, o nie. ja ciągle zasypiam w słowach i budzę się w słowach, zazwyczaj zmierzających do stwarzania na nowo tego świata, który w ciągu nocy zdążył się zapaść w czarną dziurę, pozbawiony mojej kontrolnej obecności. przeraża mnie tylko, że słów coraz mniej. wyginęły. może na zimnie. kiedyś może ich nie starczyć na porządny świat, a musi być duży przecież, bo na błędniku robi się coraz bardziej nieprzyjaźnie, magnetycznie do obrzydliwości, wszystkie kompasy wariują, północ spotyka północ i już nie ma innych kierunków świat(ł)a. a im bardziej ich nie ma, tym bardziej wiem, że tam właśnie muszę pojechać. i to szybko. magnetyzm szkodzi właściwemu przepływowi czasu, oszałamia zegary, zaciska nam na szyi ciągle ten sam dzień - ot, w pętelkę.
na błędniku wszytko traci swój smak. nawet używki nie nadają się już do niczego. kofeina się rozmydla, czerń kawy nagle kojarzy się ze snem bez snów, papierosy smakują papierem, wódka nie upija ani nie rozgrzewa, za to pomaga podjąć decyzję. tupnąć nogą, spakować walizki, podnieść brodę, zamknąć drzwi. jestem już dużą dziewczynką, przecież.
o, taką.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz