Wyłączył mi się zmysł cykliczności. nie ma go po prostu. jeszcze parę godzin temu widziałam te fluktuacje bógwiejakiej energii, zamierzone i niezamierzone powiązania, sinusoidy wydarzeń, przydarzeń i przedawnień, a teraz nic: nagła ślepota, dziwnie związana z bólem po lewej stronie klatki piersiowej. i nie ma tutaj żadnej metafory, zakłuło ostrzegawczo i od tej pory nie przestaje, przypominając mi szczegóły rodem z lekcji biologii. gdzie tam, między tymi wszystkimi przedsionkami, jest miejsce na wolność, ja się pytam. no gdzie. i czemu ona jest taka niezbędna, że to bezmózgie, li tylko ukrwione, bo przecież pozbawione przekleństwa świadomości urządzenie nagle się psuje.
gdyby nie to, że później za dużo z tym zachodu, to byłby to doskonały moment, żeby przełamać swoją plastikową etykietkę obywatelską (i jedyny dylemat to czy na pół, czy też na więcej kawałków; nieparzyste zwykle się ładniej komponuje, przynajmniej jeśli chodzi o kwiatki). obywatel z nieodciętą pępowiną to nie obywatel, drogi ustroju, zechciej to zauważyć.
jeżeli to ma polegać na przywyknięciu do myśli, że jestem szmacianą lalką nieustannie ciągniętą za ręce w dwie różne strony, to ja rezygnuję. jeżeli wielkie poświęcenie ma polegać na rezygnacji ze swojej tożsamości, to mamy do czynienia z wielkim paradoksem, a logika sprytnie unicestwia byt (byt konkretny, to znaczy ten, który się poświęca). jeżeli szacunek ma polegać na ślepym posłuszeństwie, to nienawidzę wszystkich dobrych polonistów, na których miałam szczęście trafić podczas swojej ścieżki edukacyjnej. nie, nie przywykłam do tego, że świat jednak trochę się różni od wszystkich słów i syntagmatycznych zlepków, jakie wypowiadano i zapisywano przez wieki wieków. i nie przywyknę. obiecuję sobie solennie, trzymam kciuki, krzyżuję palce.
przykładam rękę do skóry na piersi: nie, nie tak jak ty; robię to cierpliwie, moje palce są narzędziami, na ten moment nie ma we mnie nic prócz pomp, obiegów i mechanizmów. czuję je w środku: w tym miejscu mnie, którego nigdy nie zobaczę. więc wcale się nie znam od podszewki. nie znam też tego rytmu: obcego, pospiesznego, z dziwnym drgnięciem pośrodku, który łomocze mi w opuszki palców. nawet nie wiem już, do czego on służy.
jutro wstaniemy ze słońcem, mówię mu, od nowa. i zaraz się poprawiam: on przecież nie zaśnie.
nie zaśnie - więc będzie pamiętał?...
gdyby nie to, że później za dużo z tym zachodu, to byłby to doskonały moment, żeby przełamać swoją plastikową etykietkę obywatelską (i jedyny dylemat to czy na pół, czy też na więcej kawałków; nieparzyste zwykle się ładniej komponuje, przynajmniej jeśli chodzi o kwiatki). obywatel z nieodciętą pępowiną to nie obywatel, drogi ustroju, zechciej to zauważyć.
jeżeli to ma polegać na przywyknięciu do myśli, że jestem szmacianą lalką nieustannie ciągniętą za ręce w dwie różne strony, to ja rezygnuję. jeżeli wielkie poświęcenie ma polegać na rezygnacji ze swojej tożsamości, to mamy do czynienia z wielkim paradoksem, a logika sprytnie unicestwia byt (byt konkretny, to znaczy ten, który się poświęca). jeżeli szacunek ma polegać na ślepym posłuszeństwie, to nienawidzę wszystkich dobrych polonistów, na których miałam szczęście trafić podczas swojej ścieżki edukacyjnej. nie, nie przywykłam do tego, że świat jednak trochę się różni od wszystkich słów i syntagmatycznych zlepków, jakie wypowiadano i zapisywano przez wieki wieków. i nie przywyknę. obiecuję sobie solennie, trzymam kciuki, krzyżuję palce.
przykładam rękę do skóry na piersi: nie, nie tak jak ty; robię to cierpliwie, moje palce są narzędziami, na ten moment nie ma we mnie nic prócz pomp, obiegów i mechanizmów. czuję je w środku: w tym miejscu mnie, którego nigdy nie zobaczę. więc wcale się nie znam od podszewki. nie znam też tego rytmu: obcego, pospiesznego, z dziwnym drgnięciem pośrodku, który łomocze mi w opuszki palców. nawet nie wiem już, do czego on służy.
jutro wstaniemy ze słońcem, mówię mu, od nowa. i zaraz się poprawiam: on przecież nie zaśnie.
nie zaśnie - więc będzie pamiętał?...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz