przeganiam wszystkie godziny przez kalendarz z kartki na kartkę, z dnia na dzień, z dziś na jutro, pojutrze, popojutrze. jak bardzo zmienia nas czas, jak bardzo sami siebie zmieniamy myśleniem o czasie? już dwa lata, mówię, a ty mnie poprawiasz, nie, trzy, to już nasze trzecie wspólne wakacje, wreszcie zgadzamy się na trzy i pół, a później wracam do domu bocznymi drogami, byle było dłużej, i myślę, jak bardzo jesteśmy sobie obcy. my, ludzie. jestem sobie obca. długo przyglądam się w lustrze swojej twarzy. nie mam ze sobą nic wspólnego. w domu otwieram swoje książki, szeptam swoje zaklęcia, nie pamiętam już słów. dopiero po długich chwilach cierpliwego oswajania przychodzą. zawsze umiałam je na pamięć, to proste, trzeba tylko tę pamięć odzyskać. można to zrobić kosztem bezruchu, łudzenia się, że nieruchomy człowiek opływany strumieniem sekund pozornie cofa się w czasie i może znaleźć sobie jakiś punkt zaczepienia. taki, jak ten. zrób coś żebym mogła się rozebrać jeszcze bardziej ostatni listek wstydu już dawno odrzuciłam i najcieńsze wspomnienie sukienki także zmyłam i choć kogoś bardziej nagiego ode mnie nagiej mieć nie mogłeś, zrób coś, bym uwierzyła
czasem, kiedy stoję w kuchni i patrzę na Ciebie, jak robisz obiad, czuję się grudką ciemności, a Ty jesteś wypełniony wtedy takim jasnym, granitowym światłem, ciepłą pewnością, a ten oszalały z pośpiechu chaos milisekund wydaje się Ciebie wcale nie dotyczyć. jeśli kocham w Tobie złudzenie, pozwól mi. przecież staram się dzielnie przejmować Twoje lęki, kiedy już ci się wymkną spod kontroli, mówię głosem kojącym i jeśli głos miałby kolor, ten niewątpliwie musiałby barwą przypominać dojrzały miód (chociaż miód wcale nie dojrzewa, tak jak lato).
na swoje lęki miałam inny sposób. robiłam listy z podpunktami, tytułami i wykresami, jakbym budowała im padoki, żeby je oswoić okiełzać, a wreszcie unieszkodliwić. później wydało mi się to bardzo głupie, wyrzuciłam wszystkie listy, które znalazłam (robienie list to jeden z objawów zaburzeń ze spektrum autyzmu), zostawiając tylko tę, którą przytwierdziłam do ściany i wypełniłam obrzydliwie ważnymi zleceniami, których i tak nie udało mi się do tej pory dokończyć, po czym skapitulowałam, znalazłam czystą kartkę i od nowa zabrałam się za segregowanie mojego stadka w równe rządki alfabetu.
paś obawy moje, paś lęki moje.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz